O świętym, który wszystko załatwił sobie po swojej męczeńskiej śmierci

Św. Andrzej Bobola
O nim tu mowa.
Paton Polski, zginął w okrutnych cierpieniach w 1657 r., a jego ciało nie uległo rozkładowi do dziś i jest pod ołtarzem kościoła o. o. Jezuitów w Warszawie, przy ul. Rakowieckiej Przez 40 lat po jego śmierci zapomniano o nim. On sam przypominał o sobie, ukazywał się po swojej śmierci, doprowadził do swojej beatyfikacji i oddawania mu czci.

Św. Andrzej Bobola, zakonnik, męczennik. Urodził się 30 listopada 1591 roku w Strachocinie koło Sanoka. Pochodził ze szlacheckiej rodziny. W wieku 20 lat wstąpił do zakonu jezuitów w Wilnie. W 1622 roku przyjął święcenia kapłańskie. Pracował jako kaznodzieja, spowiednik, wychowawca młodzieży w Wilnie, Połocku, Warszawie, Łomży Pińsku. Podejmował szczególne wysiłki na rzecz pojednania prawosławnych z katolikami. Jego gorliwość, którą określa nadane mu określenie "łowca dusz duszochwat", była powodem wrogości ze strony prawosławnych. W czasie wojen kozackich, w maju 1657 roku Kozacy napadli na Janów Poleski i dokonali rzezi wśród katolików i Żydów. Andrzeja Bobolę pochwycili w pobliskiej wiosce. Przywleczony do Janowa, został skatowany straszliwie okaleczony a następnie na rynku miejskim powieszony do góry za nogi i dobity szablą.
W czasie jednej z wypraw misyjnych po wioskach w pobliżu Pińska, w środę 16 maja 1657, o. Andrzej Bobola dowiedział się o grożącym mu niebezpieczeństwie ze strony prawosławnych Kozaków. Usiłował umknąć. Wsiadł na pożyczony wóz, którym powoził Jan Domanowski. Szukali bezpiecznego miejsca. Kozacy dopadli uciekających w pobliżu folwarku Predyła. Domanowskiemu udało się umknąć, dzięki czemu zachowało się dla historii świadectwo o okolicznościach schwytania Boboli.
Znienawidzonego Księdza obnażono i skatowano nahajkami. Potem dostał w twarz tak silnie, że wybito mu zęby. Następnie skrępowano mu ręce powrozem i przywiązano do pary koni, które popędzono w kierunku Janowa. W czasie 40 kilometrowego biegu pomiędzy końmi popędzano go batogami, cięto szablą w lewe ramię oraz kłuto lancą, po której pozostały głębokie rany.
Dalsza część męczeństwa dokonała się na rynku w Janowie Poleskim. Stała tam miejska rzeźnia. Wprowadzono do niej o. Andrzeja Bobolę. Z gałązek dębowych upleciono wieniec i wciśnięto mu na głowę, następnie rzucono na stół i ogniem przypalano ciało, wbijano drzazgi pod paznokcie, zdzierano skórę z rąk, piersi, palców i głowy, odcięto palec wskazujący od lewej dłoni i końce dwóch innych palców, wydłubano prawe oko, świeże rany posypano plewami, odcięto nos i wargi. Cały czas pijani krwią kozacy domagali się, żeby wyrzekł się katolickiej wiary. Uparcie powtarzał „jestem księdzem katolickim”. Nie mogli znieść tego wyznania. Wyrwali język wycinając w karku otwór. Wreszcie powieszono go za nogi. Po dwóch godzinach żywego jeszcze odcięto go ze sznura. Dwukrotne cięcie szablą w szyje zakończyło męczarnię Boboli.

Historia kultu
Ciało Andzeja Boboli przeniesiono do miejscowego kościoła, a potem zabrano do Pińska i pochowano w podziemiach kościoła Jezuitów. Z czasem zapomniano i o Andrzeju Boboli i o miejscu, gdzie go pochowano.
Minęło 45 lat. Znów zaczęło Polsce zagrażać niebezpieczeństwo wojny północnej. Pińsk został zagrożony. Dnia 16 kwietnia 1702 roku rektorkościoła Jezuitów, o. Marcin Godebski, w obliczu zbliżającego niebezpieczeństwa trwał na modlitwie i prosił niebo o ratunek. Ukazał mu się nieznany jezuita i zapewnił, iż on, Andrzej Bobola, będzie miał klasztor w opiece pod warunkiem, że jego ciało zostanie odnalezione (wskazał miejsce swojego spoczynku) i otoczone odpowiednią czcią. Odnalezienie zwłok Boboli nie było łatwe. W podziemiach kościoła spoczywało wielu jezuitów, a wszelkie zapiski poginęły w burzliwych dziejach kolegium. Na miejscu nie dało się ustalić nawet daty śmierci, co ułatwiłoby poszukiwania. W nocy z 18 na 19 kwietnia (tym razem świeckiemu zakrystianowi) ukazał się Bobola po raz wtóry i dokładnie określił miejsce, w którym został pochowany. Po trzech godzinach pracy wykopano z ziemi trumny z łacińskim napisem: "Ojciec Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego przez kozaków zabity". Po otwarciu trumny ujrzano zwłoki, które zachowały świeży wygląd, ze wszystkimi śladami tortur. Po przebraniu relikwii w nowe szaty przełożono je do drugiej, przygotowanej uprzednio trumny. Wiadomość o odnalezieniu ciała, które w wilgotnej piwnicy, wśród rozkładających się trupów, zachowało świeżość, obiegła Polesie lotem błyskawicy. Mieszkańcy Pińska, Janowa i okolic zaczęli przypominać sobie fakty opowiadane kiedyś przez starców. Odżyło nagle ustne podanie o heroizmie Andrzeja. Okoliczna ludność tłumnie przychodziła teraz do okienka krypty, w której spoczywał Bobola, by oddać mu hołd. Zaczęły się mnożyć łaski i cuda. Andrzej Bobola roztoczył opiekę nie tylko nad jezuickim kolegium. Gdy w latach 1709-1710 straszna zaraza pochłonęła tysiące ofiar, jedynie Pińszczyzna została ochroniona przed epidemią. Mnożyły się łaski wypraszane za jego pośrednictwem. Rychło sława męczennika przeniosła się poza granice Polski. Zajęto się beatyfikacją. Pomimo rozwijającego się kultu, wyniesienie na ołtarze szło opornie. Zabiegi polskich biskupów oraz starania jezuitów sprawiły jedynie, że Benedykt XIV 9 lutego 1755 r. wpisał Bobolę na listę męczenników za wiarę. W 1764 r., na sejmie konwokacyjnym w Warszawie, wypłynęła sprawa na nowo. W konstytucjach, które zaprzysiągł król Stanisław August Poniatowski w dniu swojej koronacji, zamieszczono również takie zobowiązanie: Starać się będziemy wnieść instancję do Stolicy Apostolskiej o beatyfikację Andrzeja Boboli SJ. Nastąpiła jednak kasata zakonu i rozbiory Polski, a beatyfikacja stanęła praktycznie w martwym punkcie. Rząd carski robił wszystko, aby przeszkodzić też przeszkodzić sprawie beatyfikacji. Dopiero 30 października 1853 r. Andrzej Bobola został beatyfikowany przez Piusa IX. Na swój sposób upamiętnił tę beatyfikację rozgniewany car - skazał na śmierć sześciu Polaków wcielonych do rosyjskiej armii. Pomimo represji szerzył się jednak kult błogosławionego także w imperium rosyjskim. Przy jego relikwiach gromadzili się nie tylko katolicy. Również prawosłąwni szukali u niego wsparcia. Nie zyskało to uznania u włądz rosyjskich. Wiele razy chciano wykraść ciało Andrzeja. Ale zdecydowany opór ze strony ludu nie pozwolił na to. Dopiero 23 czerwca 1922 kościół otoczyło wojsko. Zjawili się wysłańcy Kremla. Po otwarciu trumny ciało obnażono i rzucono nim o posadzkę. Ku osłupieniu obecnych, zwłoki nie rozsypały się. Spisano protokół o uch stanie, stwierdzając, że trup zawdzięcza swoje dobre zachowanie właściwością ziemi, w której się znajdował. 20 lipca zabrano ciało do Moskwy, umieszczając je w gmachu Higienicznej Wystawy Ludowego Komisariatu Zdrowia. Przed jego ciałem zatrzymywali się ludzie i zaczynali się modlić. Wobec tego ciało bł. Andrzeja ukryto w magazynach.
Gdy ZSRR dotknęła klęska głodowa, w 1922 r. ginącemu narodowi z wydajną pomocą pośpieszył Pius XI. Rząd Radziecki zgodził się wówczas na wydanie relikwii Papieżowi pod warunkiem, że ciało nie zostanie powiezione przez Polskę. Uzgodniono trasę przez Odessę i Konstantynopol. W Rzymie złożono trumnę w bazylice św. Piotra. Po kanonizacji w 1938 r. przewieziono je przez Jugosławię, Węgry i Jugosławię do Polski. W tryumfalnej oprawie pojechały przez Czechowice, Oświęcim, Kraków, Katowice, Poznań i Łódź do Warszawy. Do września 1939 r. spoczywały w kaplicy Jezuitów przy Rakowieckiej 61. W ostatnich dniach przed kapitulacją przewieziono do kościoła NMP Łaskawej. W czasie Powstania Warszawskiego, gdy płonęła już ulica Świętojańska, relikwie przeniesiono do kościoła św. Jacka. Po zakończeniu wojny powróciły na Rakowiecką.

Rodzinna miejscowość Andrzeja Boboli to nieduża wieś koło Sanoka - Strachocina. Do lat osiemdziesiątych XX w. rzadko który mieszkaniec tej wioski wiedział, że mieszka we wsi, w której urodził się Andrzej Bobola. Sam Andrzej przypomniał o sobie swoim rodakom i domagał się od nich czci. Cała sprawa ma posmak sensacji.
Wiesław Kielar, siostrzeniec ks. Władysława Barcikowskiego, proboszcza w Strachocinie w latach 1912-1942 w książce: "Nasze młode lata" opisując pobyt u wujka na plebani, pisze, że na plebani straszy. Tak było. W późniejszych latach mówili o tym inni lokatorzy plebanii. Najwięcej ucierpiał ks. Ryszard Mucha, proboszcz w latach 1970-1984. Podobnych zjawisk doświadczył kolejny proboszcz, ks. Józef Niżnik. Trafił do Strachociny najzupełniej przypadkowo. W 1983. był tam na krótkim zastępstwie. W nocy (z 10 na 11 września) obudziło go uderzenie w rękę. Zobaczył nad sobą jakąś postać - "smukłą, na czarno ubraną i z czarną brodą". Próbował ją schwytać, ale oddaliła się do okna i ... zniknęła. Rano dowiedział się, że na strachocińskiej plebanii "straszy" już od niepamiętnych czasów, a choroba proboszcza ma związek z podobnymi "wizytami". Poruszony tym zdarzeniem postanowił zrezygnować ze studiów na KUL i zostać w Strachocinie, by sprawę zbadać. Objął funkcję proboszcza (ku radości poprzednika, którego przeniesiono do malutkiej, beskidzkiej wioski, gdzie nareszcie znalazł spokój). Tajemnicze "odwiedziny" powtarzały się wielokrotnie przez następne cztery lata. W nocy 16 na 17 maja 1987, zjawiająca się postać na jego pytanie: "kim jesteś? i czego chcesz?" - odpowiedziała: "Jestem Święty Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie". Ksiądz Niżnik podjął realizację tego wezwania. Dowiedział się też, że Ojciec Pio przekazał pewnej zakonnicy z Nowego Żmigrodu informację, że św. Andrzej pragnie kultu w Strachocinie.
16 maja 1987, w rocznicę męczeńskiej śmierci Świętego odprawił uroczystą Mszę Św. z procesją eucharystyczną i dziękczynnym Te Deum. Wygłosił podniosłe kazanie, w którym mówił m.inn.: "Chcemy Ciebie, Andrzeju Bobolo, nasz Święty, za szczególnego patrona i opiekuna. Dzisiaj wołamy: CHCEMY CIEBIE. A wołanie to wynika z historycznej przeszłości, że Ty jesteś nasz[...]. Skoro tu jest Twój początek, skoro tu tkwisz korzeniami to Strachocina wielkimi literami zapisana jest przed Bogiem." ...
W tę noc po raz ostatni pojawiła się tajemnicza postać.
Niedługo potem ks. Niżnik napisał list do Sanktuarium Andrzeja Boboli w Warszawie z prośbą o relikwie Świętego. Prośbę tę spełniono. 16 maja 1988 roku relikwie Świętego otrzymane z Warszawy od OO Jezuitów zostały uroczyście wprowadzone do kościoła parafialnego. Uroczystościom wprowadzenia relikwii przewodniczył ks. bp Ignacy Tokarczuk, ordynariusz przemyski. Podczas kazania powiedział: "Najmilsi, w dniu tak ważnym, historycznym wprost dla tutejszej parafii, modlimy się gorąco (...) aby przez Jego wstawiennictwo obdarzył nas pokojem, obdarzył lepszą przyszłością, obdarzył czasami, kiedy będzie rządziła prawda, miłość, sprawiedliwość, pokój (...) Dzisiaj trzeba zaśpiewać: raduj się, Ziemio Strachocińska, raduj się Ziemio Sanocka, bo wydałaś wielkiego Świętego, wielkiego Męczennika, Wielkiego Bohatera i wielkiego Patrona." Od tamtego dnia nikt w Strachocinie na plebani się nie zjawia.

W 2002 r. Konferencja Episkopatu Polski ogłosiła Św. Andrzeja Bobolę Patronem Polski.